Paradoksalnie, najwięcej błędów popełniamy nie podczas biegu. Popełniamy je kilka godzin po jego zakończeniu.
Za nami kilka miesięcy przygotowań. Treningi realizowane zgodnie z planem, kolejne jednostki wykonane, forma stopniowo rośnie. Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie chcieliśmy być. Przychodzi jednak dzień zawodów i nic nie układa się tak, jak zakładaliśmy.
Jeszcze w drodze do domu zaczynamy analizować każdy kilometr, każdy trening i każdą decyzję podjętą w ostatnich tygodniach. Zastanawiamy się, czy tapering był odpowiedni, czy nie zabrakło kilometrów, czy ostatnie akcenty nie były zbyt mocne albo wręcz przeciwnie – zbyt zachowawcze. Kilka godzin po biegu często jesteśmy już przekonani, że trzeba coś zmienić.
Z perspektywy trenera zauważyłem, że właśnie wtedy najłatwiej popełnić największy błąd. Nie podczas samego biegu, ale po jego zakończeniu, kiedy emocje próbują przejąć rolę rozsądku.
Co ciekawe, podobny mechanizm niemal nie występuje po rekordzie życiowym. Po świetnym starcie rzadko analizujemy każdy szczegół przygotowań. Nie zastanawiamy się, czy można było zrobić coś lepiej. Najczęściej uznajemy, że skoro wynik był świetny, wszystko zadziałało dokładnie tak, jak powinno.
To paradoks, który obserwuję od lat. Po porażce chcemy zmienić wszystko, po sukcesie nie chcemy zmieniać nic. Tymczasem oba wyniki są jedynie pojedynczymi punktami w znacznie dłuższym procesie.
Wynik i proces to nie to samo
Jedną z najtrudniejszych rzeczy w treningu jest oddzielenie procesu od rezultatu. Każdy biegacz, niezależnie od poziomu sportowego, doświadcza zarówno świetnych, jak i nieudanych startów. Problem nie polega na tym, że zdarzają się słabsze zawody. Problem zaczyna się wtedy, gdy jeden wynik traktujemy jak ocenę całego procesu treningowego.
Nasz mózg działa według bardzo prostej zasady: wygrywasz – powtarzasz, przegrywasz – zmieniasz. Jeżeli coś przyniosło sukces, chcemy robić tego więcej. Jeżeli zawiodło, szukamy nowego rozwiązania. To całkowicie naturalny mechanizm, ale w sporcie wytrzymałościowym często prowadzi do błędnych wniosków.
Na końcowy rezultat wpływa przecież nie tylko trening. Znaczenie mają również pogoda, temperatura, wiatr, poziom rywali, taktyka, sen, stres, odżywianie czy po prostu dyspozycja dnia. Dobry plan nie daje gwarancji świetnego wyniku, podobnie jak słabszy start nie musi oznaczać, że cały proces przygotowań był błędny.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że po zawodach największą pracą trenera nie jest ułożenie nowego planu. Znacznie trudniejsze jest przekonanie zawodnika, żeby jeszcze przez chwilę niczego nie zmieniać. Nie chodzi o ignorowanie problemów, ale o to, żeby najpierw zrozumieć, dlaczego coś się wydarzyło, a dopiero później zastanawiać się, czy rzeczywiście wymaga to zmian.
Po jednym starcie najczęściej wiemy jeszcze za mało. Wiemy tylko tyle, żeby zacząć zadawać sobie właściwe pytania.
Statystyka też ma tu coś do powiedzenia
Załóżmy, że aktualna forma pozwala pobiec 10 kilometrów w około 35 minut. Czy gdyby ten sam zawodnik wystartował sto razy w podobnym okresie przygotowań, za każdym razem uzyskałby identyczny wynik? Oczywiście, że nie…
To jest fragment artykułu. Cała treść oraz tocząca się wokół niego dyskusja, dostępne są dla społeczności RACE PACE Mastermind. Jeżeli nie posiadasz dostępu, a chciałbyś regularnie czytać materiały o nowościach i trendach ze świata treningu i wymieniać się doświadczeniami, to w tym miejscu dowiesz się jak do nas dołączyć.
Autor

Mikołaj Raczyński – trener biegania, założyciel grupy Passion First oraz prowadzący treningi Speed Squad dla społeczności adidas Runners Warsaw. Specjalizuje się w biegach średniodystansowych i długodystansowych. Jego pasją jest analiza treningów biegaczek i biegaczy z całego świata. Na co dzień amatorsko bawi się w sport i współprowadzi Coffee Run Podcast.