Cześć! W dzisiejszym wpisie z serii EVIDENCE-PACE na tapet bierzemy temat, który wypłynął w jednym z ostatnich odcinków podcastu. W rozmowie z Tomaszem Kowalskim przewinął się wątek nowej, zyskującej na popularności i wziętej pod lupę przez świat nauki metody na poprawę parametrów krwi w sportach wytrzymałościowych.
Na pierwszy rzut oka brzmi to niemal zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe. W przeciwieństwie do kosztownych obozów wysokogórskich czy uciążliwych namiotów hipoksyjnych, ta metoda jest dziecinnie prosta w zastosowaniu i absolutnie darmowa. Polega wyłącznie na… spaniu z górną częścią ciała uniesioną o zaledwie kilka stopni. Jak na standardy wyrzeczeń, do których jesteśmy przyzwyczajeni w reżimie treningowym, wydaje się to niezwykle praktyczną opcją, mającą potencjał przyjąć się na masową skalę również wśród amatorów.
Wszyscy jednak wiemy, jak łatwo internetowe rewelacje i obietnice szybkich „biohacków” rozmijają się z rzeczywistością, a w naszych materiałach nie ma miejsca na bezkrytyczne powielanie chwytliwych haseł. Zależy nam na rzetelności, dlatego o chłodną, merytoryczną analizę poprosiłem Tomka Sawczyna. Tomek, łącząc wiedzę znakomitego fizjologa z doświadczeniem biegacza, jest absolutnie najlepszą osobą, by rozłożyć ten mechanizm na czynniki pierwsze.
Oddaję mu głos. Przekonajmy się wspólnie, czy nadzieje tysięcy biegaczy na łatwą poprawę wyników i darmowy „doping” mają faktyczne uzasadnienie.
Większość z nas przynajmniej raz w życiu doświadczyła sytuacji, w której po zbyt gwałtownym wstaniu z łóżka zrobiło się ciemno przed oczami. Kilka sekund zawrotów głowy, czasem uczucie „odpływania”, a w skrajnych przypadkach nawet omdlenie. To klasyczny przykład hipotonii ortostatycznej. Nie jest ona skutkiem nagłej utraty krwi, lecz działania grawitacji. Gdy przechodzimy z pozycji leżącej do stojącej, około pół litra krwi niemal natychmiast przemieszcza się do naczyń kończyn dolnych i jamy brzusznej. Przez krótką chwilę do serca dopływa mniej krwi, zmniejsza się objętość wyrzutowa (ilość krwi wyrzucana z lewej komory do dużego obiegu krwi), a ciśnienie tętnicze może przejściowo się obniżyć.
Na szczęście organizm nie pozostaje wobec tego faktu obojętny. W ścianie zatoki szyjnej (tętnica tuż pod kątem żuchwy) i łuku aorty znajdują się baroreceptory wysokociśnieniowe, czyli niezwykle czułe czujniki monitorujące ciśnienie tętnicze praktycznie z uderzenia na uderzenie serca. Kiedy wykrywają jego spadek, wysyłają sygnał do ośrodków krążeniowych w pniu mózgu. W odpowiedzi aktywowany zostaje układ współczulny i serce zaczyna bić szybciej oraz mocniej, a naczynia krwionośne ulegają skurczowi. Dzięki temu ciśnienie tętnicze wraca do normy, zwykle jeszcze zanim zdążymy pomyśleć, że „zakręciło się w głowie”. Jeśli system działa prawidłowo, raczej nie grożą nam zawroty głowy po wstaniu z pozycji leżącej.
Można by odnieść wrażenie, że skoro organizm tak precyzyjnie kontroluje ciśnienie tętnicze, to właśnie ono jest najważniejszą informacją dla układu krążenia. Tymczasem istnieje jeszcze drugi, równie ważny system monitorowania, jednak nie interesuje go ciśnienie w tętnicach, lecz to, ile krwi faktycznie wraca do serca.
Rolę tę pełnią baroreceptory niskociśnieniowe, zlokalizowane przede wszystkim w prawym przedsionku oraz dużych żyłach doprowadzających krew do serca. Ich zadaniem nie jest kontrola ciśnienia tętniczego, lecz ocena stopnia rozciągnięcia ściany przedsionka, które odzwierciedla ilość krwi znajdującej się w krążeniu centralnym. Im bardziej przedsionek jest wypełniony, tym silniej receptory są pobudzane. Natomiast gdy do serca wraca mniej krwi, ich aktywność maleje. Można powiedzieć, że oba układy przypominają dwa różne wskaźniki. Baroreceptory tętnicze działają jak manometr pokazujący ciśnienie w układzie, natomiast receptory przedsionkowe są bardziej podobne do wskaźnika wypełnienia systemu płynem, którym u człowieka jest oczywiście krew. Ciśnienie może być prawidłowe, ale jeśli „zbiornik” zaczyna się opróżniać, organizm również musi o tym wiedzieć i reaguje na tę zmianę.
Tylko po co o tym wszystkim piszę? Jeśli w ostatnich miesiącach przeglądaliście media społecznościowe, to zapewne natknęliście się na filmiki przekonujące, że wystarczy podłożyć kilka książek pod nogi łóżka, unieść je o 6 stopni i… obudzić się z wydolnością niemal zawodowego kolarza. Internet błyskawicznie pokochał tę koncepcję, a wraz z popularnością pojawiły się coraz śmielsze obietnice: od „naturalnego dopingu” po sposób na zwiększenie liczby czerwonych krwinek bez wyjazdu w góry. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, ziarno prawdy zostało szybko przykryte grubą warstwą marketingu i nadinterpretacji. Dlatego postanowiłem przyjrzeć się temu tematowi bliżej…
To jest fragment artykułu. Cała treść oraz tocząca się wokół niego dyskusja, dostępne są dla społeczności RACE PACE Mastermind. Jeżeli nie posiadasz dostępu, a chciałbyś regularnie czytać materiały o nowościach i trendach ze świata treningu i wymieniać się doświadczeniami, to w tym miejscu dowiesz się jak do nas dołączyć.
Autor

Tomek Sawczyn – fizjolog, naukowiec, wykładowca akademicki na Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach. Popularyzator nauki i prozdrowotnego podejścia do sportu. Entuzjasta i aktywny amator sportów wytrzymałościowych. Z wyboru, zużywa się a nie rdzewieje 😉